CZESC 1 z dnia 20.06.11
Policja i prokuratura siłą odebrali małego pieska rodzinie, która rok temu legalnie adoptowała go ze schroniska. Zażądał tego poprzedni właściciel
Historię kundla Pimpka opisaliśmy w piątkowej "Gazecie Wyborczej". W ubiegłym roku Ilona, Arek i ich dziewięcioletnia córka Agnieszka przygarnęli psa z Ciapkowa. Cztery miesiące temu odnalazł się poprzedni właściciel i zażądał oddania zwierzaka. Szefowa schroniska zapewnia, że wcześniej nie poszukiwał psa. Nowa rodzina Pimpka pokochała go i nie zgodziła się go zwrócić. Od tej pory policja, na polecenie Prokuratury Rejonowej w Gdyni, wzywała ich na przesłuchania, robiła wywiady wśród sąsiadów. Stróże prawa wiedzieli, że Ilona jest w wysokiej ciąży. Ale ważniejsze były przepisy prawa, bo według nich pies jest "rzeczą ruchomą" i przez trzy lata pozostaje własnością osoby, która go zgubiła.
- W tym tygodniu policjanci dzwonili dwa razy. Dzwoniła też prokurator Katarzyna Ryś i zagroziła, że wytoczy nam sprawę o utrudnianie śledztwa - mówił przed tygodniem Arek. - Ilona ma termin za dwa tygodnie i zamiast wyciszyć się przed porodem, wieczorami szlocha do poduszki.
- Ci państwo zupełnie z nami nie współpracują. Mam poważne wątpliwości, czy nabyli psa w dobrej wierze, oni go przed nami ukrywają! - ripostowała prokurator Ryś.
Ilona urodziła w środę, wcześniak trafił do inkubatora. Już następnego dnia odebrała kolejny telefon z policji z żądaniem stawienia się na komisariacie z psem. Arek, który był przy żonie, wyjaśnił, że Ilona jest w połogu, i umówił się z policjantem, że przyjdzie na komisariat w poniedziałek. Ale wcześniej, bo już w piątek, prokuratura i policja przystąpiły do działania.
- Wróciłem ze szpitala po osiemnastej, moja siostra, która pomaga mi w tych dniach, zabrała Pimpka na wieczorny spacer - opowiada Arek. - Nagle, przy śmietniku, dopadło ją dwoje ludzi, kobieta i dwumetrowy facet. On ją obezwładnił trzymając za ręce, kobieta wyrwała smycz z psem. Dopiero, gdy ja wybiegłem na podwórko, pokazali legitymacje, że są z policji. Pokazali mi też pismo podpisane przez prokuratorkę Iwonę Potrykus, że nakazuje im siłą zabrać psa, w razie potrzeby mieli prawo przeszukać nasze mieszkanie! Tę ich akcję widzieli przez okna sąsiedzi z bloku, mogą potwierdzić, jak to wyglądało.
Późnym wieczorem, na komisariacie policji, pies został pokazany poprzedniemu właścicielowi. Ten rozpoznał go, więc policjanci oddali mu zwierzę. Arek dostał tylko pismo informujące, że w wyniku okazania "rzecz" została zwrócona prawowitemu właścicielowi.
- Na polecenie prokuratury zabezpieczyliśmy psa i przekazaliśmy go właścicielowi, gdyż rozpoznał on swoją własność - potwierdza podkom. Dorota Podhorecka-Kłos z KMP w Gdyni.
- Od 20 lat zajmuję się zwierzętami, ale takiej sprawy nie miałam i zostałam upokorzona - mówi Katarzyna Kownacka, kierowniczka schroniska dla zwierząt w Gdyni. - Przede wszystkim prokuratorka zmusiła mnie do ujawnienia danych osobowych ludzi, którzy adoptowali zwierzę. A czuję, że tak nie powinno być. Po drugie, zdążyłam poznać charaktery obu spierających się o psa rodzin. Ten pierwszy właściciel przez rok nie próbował szukać pieska, wiedziałabym o tym, bo wspólnie z innymi schroniskami mamy świetną, komputerową bazę zaginionych psów. Gdy przypadkiem, na starej stronie internetowej trafił na jego ślad, od razu chciał mi dać pieniądze za odzyskanie psiaka. Potem wygadał się, że w formie pocieszenia kupił już swojemu dziecku yorka. I od razu zaproponował mi, że odda tego yorka w zamian za poprzedniego psa. No, jak to świadczy o człowieku?
- Nie wiem, co teraz zrobić, żona w szpitalu, a ja wszystkim bliskim kłamię - mówi Arek. - Ilonie jeszcze o niczym nie powiedziałem, Agnieszce nakłamałem, że Pimpek jest u tej miłej pani w schronisku, do czasu wyjaśnienia sprawy. Pal licho tego poprzedniego właściciela. Ale wiem, że też ma córkę, która właśnie dostała zgubionego dawno temu pieska. Przecież nie będę świnią i nie będę temu obcemu dziecku robił krzywdy. Ale dlaczego on nie potrafił zachować się tak samo wobec mojej córeczki? Dlaczego tak gorliwie pomagała mu policja i prokuratura?
CZESC 2 czyli artykuł z dzisiaj
Nie widzę związku między ciążą pani posiadającej psa a decyzją prokuratury, żeby jej tego psa odebrać - Witold Niesiołowski, szef Prokuratury Rejonowej w Gdyni broni decyzji swoich podwładnych. - W kodeksie nie ma proceduralnych przeszkód, by prowadzić czynności wobec kobiet w ciąży
Dwie gdyńskie prokuratorki - Iwona Potrykus i jej bezpośrednia przełożona Katarzyna Ryś - wydały polecenie policji, by siłą odebrała psa rodzinie, która dziewięć miesięcy temu legalnie adoptowała go ze schroniska. Historię kundla Pimpka obszernie relacjonowaliśmy w "Gazecie". Gdy wiosną tego roku odnalazł się poprzedni właściciel, nowa rodzina Pimpka - Arek, jego żona Ilona i ich dziewięcioletnia córka Agnieszka - postanowili że psa nie oddadzą, pokochali go. Szefowa schroniska z Gdyni zapewnia, że poprzedni właściciel nie szukał wcześniej psa, trafił na jego ślad przypadkiem.
Arek i Ilona skarżyli się na natarczywość policji i prokuratury w tej sprawie. Ilona była w wysokiej ciąży, w poprzednią środę urodziła przed terminem syna. Już następnego dnia dostała kolejne wezwanie na policję. Mąż zadzwonił i tłumacząc stan żony umówił się na poniedziałek w komisariacie. Ale wcześniej, już w piątek, w "Gazecie Wyborczej" ukazał się artykuł o prokuraturze ścigającej małego pieska. Ta zadziałała błyskawicznie: jeszcze tego dnia wieczorem dwóch policjantów "w cywilu" siłą odebrało Pimpka na podwórku przed blokiem. W ciągu dwóch godzin pies trafił w ręce poprzedniego właściciela.
Rozmowa z prokuratorem Witoldem Niesiołowskim
Marek Wąs: Prawnicy, z którymi się konsultowaliśmy są zgodni, że prokuratura nie powinna w ogóle zajmować się tą sprawą. To jest spór dwóch rodzin, które powinny spotkać się przed sądem cywilnym.
Witold Niesiołowski: Postępowanie, które nadzorujemy prowadzone jest zgodnie z prawem. Prawowity właściciel złożył zawiadomienie o przywłaszczeniu psa, to jest o przestępstwo z art. 284 paragraf 1 Kodeksu Karnego. W toku postępowania ustaliliśmy, że pies przebywa u osób trzecich. W takiej sytuacji naszym zadaniem jest doprowadzić do tego, żeby przedmiot przestępstwa wrócił do prawowitego właściciela. Dlatego, zgodnie z prawem pani prokurator zarządziła przymusowe odebranie psa.
Jakiego przestępstwa? Przecież ci ludzie wzięli psa ze schroniska, w dobrej wierze.
- To jest ich wersja. Wielokrotnie byli wzywani do przekazania nam psa w celu okazania i ewentualnego rozpoznania przez prawowitego właściciela. Lekceważyli to. Tymczasem, według właściciela pies wart jest ok. tysiąca złotych, jest rzadkiej rasy. Za przywłaszczenie grozi kara do pięciu lat pozbawienia wolności.
I pan wierzy, że oni to ukartowali, prawie rok temu wzięli ze schroniska psa, żeby komuś ukraść tego małego, brzydkiego kundla?
- Są przesłanka za taką wersją. Np. kierowniczka schroniska jest prywatnie znajomą tych państwa.
Kierowniczka schroniska twierdzi, że poprzedni właściciel w ogóle nie szukał swojego psa.
- Ona tak twierdzi, ale właściciel psa mówi co innego. Być może w kręgu naszego zainteresowania znajdzie się również kierowniczka schroniska. Dziwnie szybko, bo już w ciągu dwóch tygodni znalazła dla psa rodzinę do adopcji.
A pan komu wierzy?
- Są przesłanki, żeby podejrzewać przywłaszczenie. Ja nie mogę ujawniać szczegółów postępowania, które wciąż jest w toku.
Dobrze, zostawmy to postępowanie. Czy pan w ogóle rozumie, że decyzja rodziny, żeby ukrywać przed wami psa, z którym żyją już prawie rok, to nie jest pospolita kradzież? Że tak naprawdę ci ludzie nie są złodziejami, kierują nimi emocje, a nie chęć zysku?
- Ja nie jestem upoważniony, żeby prowadzić polemikę na taki temat. Nas obowiązują przepisy prawa. Właściciel ma prawo domagać się zwrotu należącej do niego rzeczy. Schronisko ma obowiązek zachować pewne procedury przy oddawaniu zwierzęcia do adopcji, a posiadacze psa mają obowiązek przywieść zwierzę na okazanie, gdy ich do tego wzywamy. A oni tego nie dopełnili.
Zamiast tego zgłosili się do "Gazety".
- To nie miało żadnego wpływu na decyzje podejmowane przez prokuraturę.
Nieprawda, śledztwo prowadzicie od wiosny, na ostatnie wezwanie pan Arek umówił się z policjantami na poniedziałek. Ale jak wcześniej, w piątek, ukazał się artykuł, to od razu ruszyła cała wasza machina.
- Policjanci skarżyli się, że pan Arkadiusz jest wobec nich niemiły.
Nie o tym mówię. Umawiał się z nimi na poniedziałek czy nie umawiał?
- Tego nie wiem, musiałbym sprawdzić.
To proszę sprawdzić. I od razu inną rzecz. Data na decyzji o odebraniu siłą psa jest z początku czerwca, czemu nagle w piątek trzeba było wysyłać patrol po zwierzę?
- Taki jest u nas obieg dokumentów. Od wydania decyzji do jej realizacji może upłynąć trochę czasu. Ja nie mam żadnych podstaw, żeby nie wierzyć, że piątkowa data akcji policji to był czysty przypadek. Prokuratura w swoich działaniach jest niezależna, nie podlega wpływom z zewnątrz, również wpływowi mediów.
Pani prokurator wysyłając policję po psa miała pełna świadomość, że właścicielka psa jest w wysokiej ciąży.
- Nie właścicielka tylko posiadaczka psa, i jakie to ma w ogóle znaczenie?
Naprawdę pan nie rozumie jakie to ma znaczenie?
- Nie widzę związku między ciążą pani posiadającej psa a decyzją prokuratury, żeby jej tego psa odebrać.
Niech pan to jasno sprecyzuje: podejmując decyzję o zabraniu psa siłą prokuratorkę nie interesuje fakt, że posiadaczka psa jest w wysokiej ciąży.
- Do czego w ogóle zmierzają pana pytania, co pan sugeruje?
Sugeruję, że każdy odpowiedzialny człowiek zadałby sobie pytanie, czy taka akcja nie zaszkodzi ciężarnej. Czy np. nie wywoła poronienia.
- Proszę pana, ja nie jestem psychologiem, żeby dokonywać oceny przemyśleń i stanu psychicznego pani prokurator w chwili podejmowania decyzji. Oceniam je od strony prawa i stwierdzam że nie popełniła tutaj najmniejszego błędu.
I nie ma pan też żadnej pewności, że poród prawie miesiąc przed terminem nie był wywołany państwa nękaniem. Mąż pani Ilony jest o tym przekonany. Ciężko było poczekać aż urodzi i wróci ze szpitala ze zdrowym dzieckiem?
- W kodeksie nie ma żadnych proceduralnych przeszkód, by prowadzić czynności wobec kobiet w ciąży
W kodeksie nie ma też zapisu, że prokurator ma myśleć i być wyposażony w elementarną wrażliwość.
- Ma pan jeszcze jakieś pytania?
Nie, dziękuję za rozmowę.
Rozmowa z szefową schroniska Katarzyną Kownacką
Marek Wąs: Prokurator twierdzi, że mogła pani brać udział w przywłaszczeniu psa Pimpka.
Katarzyna Kownacka, szefowa schroniska w Gdyni: Znam Ilonę i Arka, dlatego, gdy szukali psa zgłosili się do mnie, to chyba normalne. Ale na czym miałoby polegać przywłaszczenie zupełnie nie rozumiem. Przecież to była zwykła adopcja. Pies był u nas czternaście dni, odbył szczepienia i kwarantannę, potem trafił do nowych właścicieli.
Dla prokuratora to podejrzane, że tak szybko znalazła pani psu rodzinę.
- Bo nie ma pojęcia o pracy schroniska. My realizujemy około stu adopcji miesięcznie.
Ponoć pies jest rzadkiej rasy, wart tysiąc złotych.
- Pies rasowy to pies z rodowodem. Ten ma wyraźne cechy pekińczyka, ale to mieszaniec. Normalny kundelek. Wycenianie go na tysiąc złotych to bzdura. Zapewniam pana prokuratora, że ludzie nie przychodzą do schroniska żeby znaleźć wartościowego finansowo psa. My tutaj poruszamy się w świecie zupełnie innych wartości.
Najpoważniejszy zarzut dotyczy pani zapewnienia, że pierwszy właściciel nie szukał psa. Prokurator sugeruje, że ma jakiś dowód, że było inaczej. To z tego powodu łączy panią z domniemanym przywłaszczeniem.
- Już wyjaśniam jak było. Gdy w tym roku pojawił się u mnie pierwszy właściciel poinformowałam go zgodnie z prawdą, że był podobny pies, być może jego, ale że już dawno, bo jesienią został adoptowany. Pytałam, kiedy pies mu zginął, odpowiedział że w czerwcu, a więc teraz mija rok. Pytałam, czy szukał go w schroniskach. Odpowiedział, że osobiście nie, ale w lipcu gdzieś dzwonił, ponoć do nas wysłał maila. Umówiłam się z nim na następne spotkanie, bo nie odpowiadam za wszystkich pracowników, chciałam to sprawdzić. Mamy specjalny katalog z telefonicznymi zgłoszeniami zaginionych zwierząt, nie było tam jego zgłoszenia. Wspólnie z koleżanką sprawdziłyśmy też wszystkie maile sprzed roku, też żadnego maila od tego pana nie było. I na tym mniej więcej polegały jego poszukiwania psa. A już kolejne jego zachowania, a więc proponowanie mi pieniędzy albo innego, należącego do niego psa w zamian za tego mieszańca, przekonały mnie, że temu człowiekowi nie zależy na zwierzęciu, tylko na udowodnieniu, że potrafi odzyskać swoją własność. No ale co to obchodzi prokuraturę? Oni mają swój świat paragrafów.
ŻRÓDŁO GAZETA.PL TRÓJMIASTO