Zmotywowana zmianą przyzwyczajeń sikaniowych Bariego postanowiłam chłopców mocz oddać do analizy. Akurat się złożyło, że prawie wszystko układało się idealnie, aby dzisiaj był ten wiekopomny dzień łapania i badania... pomysł był prosty, wstajemy rano, idę z pojemniczkiem i draniem, wracamy, idę z barim i pojemniczkiem, no skomplikowane jak konstrukcja cepa... zawsze jak mój budzik dzwoni o nieprzyzwoitej porze draniu leci się witać, bari śpi i uważa, że jest za wcześnie, na spacer muszę go wyciągać. Oczywiście dzisiaj jak nigdy Bari też wstał i zaczął piszczeć, no więc stwierdziłam, że na pewno musi szybko wyjść, no więc krókie przemyślenie i lecę z 2 pojemnikami i 2 psami, no co może być w tym skomplikowanego. Już w progu zorientowałam się, że jest -12 u nas, a przecież rękawiczek nie wzięłam, żeby zalane nie zostały, bo znając mnie zostałyby rytualnie spalone wtedy no i kurtki zimowej rękawy nie podciągają się za łatwo aby 3/4 z nich zrobić, ale stwierdziłam, że celować będę dobrze i nie będzie stresu.
Lecimy na trawnik, Bari płacze po drodze, więc biorę w garść jego pojemniczek, no bo tak musi... i sobie stoimi na trwaniku, bari patrzy na mnie, ja wymownie na niego, on na mnie i tak sobie płacze... gruby próbuje coś podlać, ale nie daję mu, no co ja później złapię??? stoimi z barim, nic się nie dzieje, więc każę mu usiąść, żeby ten się nie wysikał. wyjmuję drugi pojemniczek, idę z draniem pod drzewo, dranio na mnie patrzy, uśmiecha się i patrzy. chyba drzewo nie było ładne... więc idziemy pod drugie drzewo, o, to lepsze, nóżka do góry, ja na kolana z pojemniczkiem naszykowanym - o nie nie nie, w stresowej sytuacji to my sikać nie będziemy. pojemniczek nadal pusty. idziemy pod kolejne drzewo, takie na rogu, wszystkie psy tam sikają, dranio łypie na mnie, co się on zbiera, ja się zbliżam, on odchodzi bez wyciśnięcia z siebie kropelki. No więc wracamy po bariego i jego pojemniczek, bo mój molosek grzecznie siedzi na środku chodnika.
Idziemy w kolejne toaletowe miejsce. Draniu już lekko przypilony, więc kilka kropel wyciska, jest jest jest! co prawda dokładnie kilka kropel, nawet dna nie zakrywają, ale początek dobry. chodzę za nim i chodzę, efekt żaden nadal... zmieniam na słoiczek bariego bo już z 15min krążymy, więc po całej nocy musi mu się chcieć. znowu na siebie patrzymy, w końcu on wzdycha i siada... cóż, zmieniam na ledwie przybrudzony pojemniczek drania. kolejny krzaczek, kolejna kropla. Zwiedzamy tak z 5 czy 6, czy ostatnim postanowił spojrzeć co ja tam czynię pod nim, schyla głowę co oczywiście u bulla sztywniaka powoduje ruch całego ciała. Na szczęście byłam czujna jak ważka i nie dość, że rękaw suchy to jeszcze kolejna kropla złapana w pojemnik ale drański całkowicie odmówił dalszego sikania i sobie usiadł obok Bariego, a co tam... no więc biorę bariego, 20sta minuta moja bez rękawiczek w -12... Bari w końcu się zlitował, znalazł TEN krzaczek i chyba litr mogłam złapać jakbym chciała. ponieważ całkowicie straciłam czucie w dłoniach wzięłam moje pojemniczki, moje rozbawione całą sytuacją psy i udałam się do mieszkania. Od Barusia złapałam porządną porcję, z Drania wycisnęłam dokładnie 0,5cm na dnie pojemnika. Na szczęście wystarczyło do badania.
A zatem, Drański w wieku 7 lat i po 4 dniach ciężkiego wysiłku ma UPC=0,167 a Bari w wieku 10 i na diecie wege UPC=0,073
Tak mnie wymęczyli tym porankiem, że do pracy godzinę się spóźniłam, bo ręce pod wodą trzymałam, aby odzyskać w nich jakiekolwiek czucie...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach